29.3.10

recuerdos lejanos...realidad abrumadora...







Recuerdos lejanos de las cosas que hacía y las personas que veía tan sólo hace un mes. donde pertenezco?
quizá a algún lugar de sudamérica, que va cambiando cada ciertos días.
Los recuerdos se desvanecen, todo lo que pasa aquí sucede a un ritmo increíble. La gente, los olores, los sabores; cómo se adapta el cuerpo a todo; cómo se adapta la mente a las leyes que rigen esta parte del mundo. Como cruzamos las calles entre coches y mototaxis endiablados con soltura y nos vamos sintiendo como agua en el pez...
Odlegle wspomnienia spotkanych po drodze ludzi i odwiedzonych miejsc....juz caly miesiac podrozy...skad przychodze? dokad podazam? Zmieniaja sie pejzaze, tyle sie tu dzieje...Wspomnienia sie zacieraja, wszystko tu ma niesamowite tempo. Ludzie, kolory, zapachy...jak cialo i myslenie przyzwyczajaja sie do nowych warunkow w tej czesci swiata...jak przebiegamy przez ulice miedzy samochodami i moto taxi...
Wiele czasu zajmuje autualizowanie bloga (to jest moje baaaaaardzo luzne tlumaczenie tekstu Czeska, czesto z moimi wtraceniami ;) ale warto, kiedy czytamy wasze komentarze i widzimy ze wy tez mozecie troche z nami przez to pisanie i wstawiane tu obrazki podrozowac. To nam daje rowniez sile i motywaqcje zeby kontynuowac nasze opisywanie podrozy i dzielic sie nia z wami.
Lleva mucho trabajo actualizar el blog pero vale la pena cuando leemos vuestros comentarios. Esto también nos fuerza a ir escribiendo y gracias a ello tener constancia de nuestro viaje.
Mi diario que escribo a mano tan solo tiene retazos, ideas faltas de continuidad. Es cuando escribo para el blog cuando las cosas van saliendo y se hilvanan aunque reconozco que no dejan de ser retazos, pinceladas de un cuadro inacabado, imposibles de escribir con cierta continuidad.
Estamos en Cajamarca, encontramos una casa en medio del campo donde nos alojamos (más abajo la historia) y por semana santa queremos ir a Contomazá donde nos dijeron que vale la pena.
Escuchamos gente que viene de Yurimaguas, de Tarapoto, de la zona selvática, y en las noches ya empiezo a oler la exuberancia a sentir a los mosquitos picándome; seguramente ese será nuestro próximo destino. Lo único que espero es el 10 de abril encontrar un bar para ver el clásico!
Tengo que decir que jode ser alto... mi cabeza ha conocido ya con intensidad bigas, techos, toldos, maderas y demás artefactos puestos con astucia para mermar mi capacidad intelectual poco a poco.
Jestesmy w Cajamarca, znalezlismy tu dom na wsi gdzie sie zatrzymalismy a na wielki tydzien chcemy jechac do Contomaza (juz nieaktualne bo zbyt pada i jechac sie nie da....).
Sluchamy ludzi przybylych z dzungli....ktora jest nastepnym punktem na naszej drodze....mam tylko nadzieje ze 10tego kwietnia znajde bar i bede mogl obejrzec mecz Barca Madryd.
Musze przyznac ze dotkliwie tu odczuwam moj wzrost...ciagle w cos uderzam glowa.... ;)
....zabawa po peruwiansku :
Po trzech tygodniach odkrywania Peru na spokojnie zatesknilismy w koncu za zabawa.
Cajamarca, kolejne miasto na naszej drodze, slynne z karnawalowych szalenstw i szkol tanca wydalo nam sie idealnym miejscem na poznanie jak sie bawia Peruwianczycy.
Dotarlismy tu w piatek wieczorem. Zadzwonilismy do Beto, chlopaka z couchsurfing. Nie moglismy u niego przenocowac, bo juz wyszedl na pielgrzymke po barach, ale zabral nas na ze soba na impreze. Byly to urodziny jednego z jego kolegow. Oprocz Peruwianczykow spotkalismy tam mlodych wolontariuszy z Europy (Belgii, Niemiec, Wloch, Hiszpanii...), spragnionych przygod daleko od domu. Wedlug tutejszego zwyczaju solenizant wypija szklaneczke rumu z cola, potem przekazuje ja sasiadowi, potem znow jego kolej, kolejny sasiad, znowu pan przyjecia i tak na 20 osob bylo po jednej kolejce dla kazdego i 20 szklaneczek dla solenizanta. Tu kazdy szanujacy sie mezczyzna pije dopoki nie padnie. I trzeba przyznac ze europejscy goscie nie odstawali pod wzgledem picia od reszty towarzystwa. Po kilku godzinach zabawy nie bylo juz z kim zamienic slowa, wszystko sie krecilo dookola, ludzie padali, czerwienialy twarze...Wrocilismy do naszego hostelu nieco rozczarowani.
Drugi dzien od rana zapowiadal sie nieciekawie. Nic nam sie nie udawalo i mielismy poczucie marnowania czasu. Pojechalismy za miasto odwiedzic Isabel, dziewczyne z Republiki Dominikany, poznana na wczorajszej imprezie. Nie bylo jej w domu, a jej koledzy z domku obok, ktorych tez poznalismy na imprezie, nie wygladali na zbyt goscinnych.
Zostalismy chwile za domem na sniadanie na trawie, marzac jak fajnie by bylo gdybysmy mogli zamieszkac te kilka dni wlasnie tu, w Porongo, a nie w centrum miasta w kolejnym hostalu. Prawdziwa wies, krowy, psy, wielki ogrod i super widoczki na gory w ktorakolwiek strone by sie nie spojrzalo. W koncu napisalismy ktortki liscik dla Isabel i poszlismy go wreczyc jej kolegom.
Jeden z nich, Tony, okazal sie Katalonczykiem. Po chwili wyszla jego kobieta Laia z malutka Arrel, ich coreczka a po 5 minutach juz siedzielismy razem i rozmawialismy jak dawni znajomi.
Powiedzieli nam, ze jest to posiadlosc pewnej Niemki, pani Christal, ktora od wilu lat zyje tu w Peru i dziala na rzecz uposledzonych dzieci, ze mieszka tu kilku wolontariuszy i ze oni sami w zamian za pomoc przy dzieciach oraz innych projektach dostali tu od nich pokoj i salon. Zapytalismy wiec czy mogloby sie tu znalezc cos dla nas i wybralismy sie z jednym z mlodych Niemcow, Dustinem, do seniory Christal. Jeszcze tego samego dnia mielismy juz swoj pokoj w jej wielkim domu. Wszystko w zyciu zdarza sie po cos. Srednio udana impreza i przypadkowe poznanie Isabel oraz wizyta jaka jej zlozylismy pozwolily nam poznac bardzo ciekawa katalonska rodzinke i znalezc niezwykle uroczy domek na kilka dni. Rowniez pani Christal wydaje sie bardzo interesujaca osoba. Jutro mamy z nia spotkanie.
Wieczorem wybralismy sie z Isabel i Dustinem na koncert rockowy jednej z lokalnych grupek. Koncert byl na ulicy. Kilka przecznic dalej, gdzie poszlismy szukac jedzenia, byla kolejna imprezka. Pod drzwem z owocami w postaci pelnych butelek piwa stala grupka Peruwianczykow mocno juz chwiejacych sie. Jak tylko nas zauwazyli od razu nas zawolali i zaczeli czestowac napojami z wesolej poleczki czyli prosto z drzewa. Jak niepijesz, jak pijemy wszyscy! - mowili i polewali poklepujac nas po plecach i usciskujac dlon w imie przyjazni. Tu pije sie razem, z jednego kubka w koleczku, z wielokrotnymi powtorzeniami. Ludzie pijani nie sa agresywni, wrecz przeciwnie, sa baaaaardzo przyjazni i otwarci, serce na dloni. Na ulicyjest tez muzyka, prosto z glosnikow wystawionych przed domowy sklepik, sa kobiety serwujace kurczaka z ryzem lub ziemniakami, dzieci, ktore kreca sie pod nogami kolo bawiacych sie rodzicow, spontaniczne tance. Jest tu taki zwyczaj ze w noc przed niedziela palmowa dekoruje sie drzewo butelkami z alkoholem i innymi ozdobami i pije pod nim tanczac i swietujac dopoki starczy sil, a potem zbieraja sie pary i scinaja drzewo. Ta para, ktora ostatecznie zetnie drzewo ma wejsc w zwiazek malzenski jeszcze tego samego roku.
Dustin, ktory jest tu juz kilka miesiecy i zna dobrze miasto zaprowadzil nas na najlepsze w Peru hamburgery za 1 zl. Sprzedaje je na ulicy bardzo mila pani, ktora od 12 lat prowadzi swoja dzialalnosc i z duma opowiada, o zagranicznych turystach chwalacych sobie bardzo smakolyki. Trzeba przyznac ze hamburgery sa wysmienite. Powinna dawac lekcje McDonald'sowi. Pani jest bardzo skromna, hambuger zwany simple (prosty), bardzo bogaty z licznymi dodatkami i przygotowany bardzo higuienicznie i profesjonalnie, a cena 40 razy miejsza niz w jednym z hoteli jakie dzis mijalismy po drodze! Urzekajace jest to ze ta kobitka jest bardzo dumna z tego co robi i jak to robi i ze ludzie ja chwala i chociaz moglaby zrobic kariere z tymi hamburgerami to od lat niezmiennie staje na ulicy i sprzedaje je za bardzo niska cene.
Najedzeni poszlismy dalej zwiedzac miasto noca. Jest tu pewien magiczny bar zwany Tizne. Nie ma zadnej etykietki i mozna go znalezc przychodzac tu tylko z kims wtajemniczonym. Bar polega na tym ze jest prywatnym domem. Puka sie lub rzuca kamykiem w okno a potem pyta czy mozna wejsc. Przechodzi sie przez kuchnie domu i maly pokoik, gdzie mieszkancy co wieczor puszczaja sobie muzyke i tancza. Sam juz pokoik wyglada jak bar, ale jest to autentycznie ich dom. Spotkalismy tam pana Viktora, bardzo juz chwiejacego sie ale niezwykle goscinnego, jego zone oraz dwie pary i mala dziewczynke. Wszyscy tanczacy i podskakujacy do sufitu. Pan Viktor zaprowadzil nas schodami w dol do kolejnej sali gdzie miedzy praniem rozwieszonym na sznurkach zaczepionych na drzewie i licznymi ozdobami, obrazami, figurkami malpek oraz innych zwierzat stal stolik a dookola niego dekoracje, napisy pamiatkowe zachodzacych tu turystow, rysunki, malowidla na korze i czym sie da . Zamowilismy wazon mocnego likieru z maracui a potem poszlismy tanczyc z cala reszta. Nigdy w zyciu nie widzialam tak oryginalnego miejsca. Trzeba przyznac ze ta rodzinka ma duza wyobraznie i ze potrafi sie bawic. Jeden z chlopakow uczyl mnie tanczenia po ichszemu, Czesiek w drugim kacie wywijal brzuchem z Peruwianka. Szkoda mi bylo tylko tej malej, ktora po pewnym czasie byla juz bardzo zmeczona i polozyla sie na lawce usilujac zasnac.
Dzisiaj natomiast wybralismy sie na obchody niedzieli palmowej do wioski obok, zwanej Porcon.
Jest to wydarzenie baaaardzo osobliwe! Mnostwo ludzi, ocean kolorow, totalny chaos, cale ulice handlarek i gar kuchni oraz samochodow a posrodku tego procesja ogromnych krzyzy z lisci palmowych mocno udekorowanych obrazami jezusowymi i maryjnymi oraz lustrami... Probowalismy dowiedziec sie co symbolizuja lustra ale odpowiedzi byly wymijajace : mmmmm no tradycja taka...Niosacy je mezczyzni, jedna reka trzymali za krzyz a druga za butelke. Co chwlie nachylali krzyrze z trudem utrzymujac rownowage bijac nimi poklony do samej ziemi przed mijanymi domami. Milalo to symbolizowac blogoslawienstwo Jezusa przybylego do wsi dla kazdego domostwa. Dotarlismy tam po poludniu, juz pod koniec obrzedow. Na srodku placu lezal chlopak. Oddychal ale nie byl przytomny. Podeszla do niego jedna z miejscowych babeczek, wyjela cycka i zacela polewac go swoim mlekiem rozsmarowujac je na jego brzuchu. Niewiele to dalo. Potem inni polewali go woda. W koncu, kiedy odzyskal przytomnosc zawlekli go do cieniu pod mur. Niektorzy biora sobie bardzo do serca, ze tu sie pije do upadlego.
Czesiek pstrykal zdjecia jedno za drugim i nikt absolutnie mu w tym nie przeszkadzal. Lagodnosc i przyjazne nastawienie Peruwianczykow z gor jest niezwykle. Ja tez kiedy rysowalam mialam za soba cala gromadke dzieciakow. Bylam dlka nich rownie niecodziennym zjawiskiem jak oni dla mnie.
Potem zaczepila nas grupka facetow i dlugo z nimi popijalismy dyskutujac o polityce.
Chcialoby sie powiedziec, ze Jezus by sie w trumnie przekrecil gdyby widzial jak swietuja jego przybycie...ale na szczescie Pan Jezus nam zmartwychwstal ;).
Zaczelam to pisac w kafejce prowadzonej przez troche biedna rodzinke. Tata Adolfo, wlasciciel kafejki, mama z malym dzieckiem na plecach i troje malych dzieciaczkow placzacych sie lub lezacych przy schodach i poplakujacych z nudow. Potem zmienilismy miejsce bo internet dzialal tam bardzo wolno lub wcale. Teraz siedzimy w kolejnej kawiarence...jak zwykle wszystkie komputery zajete, bo tu jest na internet bardzo duzy popyt. Mi sie trafilo kolo kibelka. A kibelek polega na tym ze drzwi sa umowne... nie zamykaja sie....a wody nie ma raczej...wiec wacham wlasnie co tam kto zostawil i pisze jak najszybciej zeby juz wybiec na ulice, odetchnac swiezymi spalinami ;)
A tu wlasnie chlopak od internetu przechodzi po sali i spryskuje ja zapachem ...tylko ze perfumowane smrodki sa jeszcze gorsze niz nieruszane ;)


camino a las ruinas de Marcawamachuco

despues de 3horas de camino, caminando y en la parte trasera de una pickup, llegamos a las ruinas. No hay turistas, incluso no hay nadie para cobrarnos entrada. El sitio nos traslada a otras épocas, anteriores a la colonización
po 3 godzinach marszu i czwartej na przyczepie samochodu zlapanego na stopa, docieramy do ruin Marcawamachuco. Nie ma turystow, nikogo pobierajacego oplate za wstep.. To miejsce przenosi nas w inna epoke, jeszcze sprzed kolonizacji.



las flores se resisten y al contrario de los muros que van despedazandose ellas emergen alegres, ignorantes de su alrededor
kwiaty, przeciwnie do murow, nie rozpadaja sie i nie zanikaja ale kwitna tu radosnie ignorujac otoczenie



en el camino de vuelta payeses, ovejas y burros son nuestros compañeros de ruta

w drodze powrotnej owce i baranki sa naszymi towarzyszami




Humachuco, a 3300m de altura tiene un encanto especial. Las calles semiasfaltadas del centro son atravesadas constantemente por motataxis zumbando en busca de pasajeros. En cuanto nos alejamos del centro las calles se convierten en caminos embarrados, irregulares; sitios donde la mano del gobierno solo llega en forma de pintadas propagandisticas en las paredes pero no en educacion, servicios o sanidad

Huamachuco, poprzednia miejscowosc, na wysokosci 3300m.n.p.m. ma swoj urok. Prawie asfaltowe ulice w centrum sa nieustannie rozjezdzane przez rozpedzone mototaxi lowiace pasazerow. Im bardziej oddalamy sie od miasta tym bardziej drogi zamieniaja sie nieregularne blotnisto gliniane sciezki...tu rzadowa reka dociera tylko w postaci malowanych na murach propagandowych hasel obecnych partii politycznych
obiecujacych cambio radical (radykalne zmiany)

bajando de las alturas paramos un dia en Cajabamba, una ciudad pequeñita. La habitación huele un poco a cementerio, las sábanas deberían pasar a mejor vida y la lúgubre luz que nos acomapaña no da ni para leer. A pesar de eso conseguimos dormir, y pagamos tan solo 10soles (unos 2.5€)

spedzamy dzien w Cajabamba, malej wiosce. Nasz pokoj w hostelu ma zapach cmentarny...a male swiatelko nie nadaje sie do czytania....ale nic to, zwlaszcza ze placimy zaledwie 10 zlotych...

en todas partes encontramos mujeres con su madeja de lana girando y girando; en la calle, en el mercado, con el niño a la espalda

wszedzie tu w gorach na ulicach, w autobusach, w sklepach i na targach spotykamy kobiety krecace wrzeciono albo szydelkujace, czesto z dzieckiem na plecach...


cementerio de cajabamba cmentarz w cajabamba
cajabamba. peñon del olvido. aqui es donde la gente (si tienen que) suele venir a suicidarse. La vista es bonita, el salto también (unos 100m). Este pétreo Jesús habrá escuchado muchas últimas palabras.

Cajabamba. Wzgorze Zapomnienia, slynne jako miejsce samobojstw, zwlaszcza nieszczesliwie zakochanych. Piekny widok na doline i rzeke....a na skale wymalowany Jezus...ktory z pewnoscia nasluchal sie wielu "ostatnich slow".

muchos, muchos niños solos; juguetean o simplemente estan cerca de sus casas
la sobreprotección de occidente con los niños aqui se convierte es una especie de abandono obligado. Los bebés pasan todo el día colgados a la espalda de la madre, lo que les aletarga; les impide moverse lo que necesitarían.

bardzo, bardzo duzo dzieci na drogach, bawiacych sie lub po prostu stojacych pod scianami domow. Nadopiekunczosc europejska zamienia sie tu w wymuszone (sytuacja) opuszczenie.. niemowlaki a czesto i nawet wdulatki spedzaja caly dzien na plecach matki...nieruchome...




se le cayó la cara de verguenza a la persona que lo pintó? muchos peruanos no pueden confiar en nadie más que ellos mismos y su familia. La época de lluvias que dura hasta abril dificulta los ya de por si complicados desplazamientos

Czy nie ma wstydu osoba ktora to napisala ? (Peru sie rozwija, awansuje, idzie do przodu...!) Wielu Peruwianczykow nie moze liczyc na nikogo jak tylko na siebie samych i swoje rodziny. Pora deszczowa, ktora trwa tu do kwietnia utrudnia i tak juz nielatwe przemieszczanie sie.


en el patio trasero de nuestro hostal los propietarios tienen su propia despensa. Un gallo y cuyes, un animalito parecido al conejo

w wewnetrznym ogrodku naszego hostalu wlasciciele maja swoj maly kurnik a w nim oprocz typowych mieszkancow takze swinki morskie...tutejszy przysmak
En nuestro camino a Cajabamba en autobús cruzamos carreteras, que a ratos se convierten en ríos. W drodze do Cajamarca ulica zamienia sie w rzeke....

En el camino paramos en los baños de Grama. Agua natural a 45grados. La piel quema pero lo conseguimos. Zatrzymujemy sie na chwile w Grama, gdzie maja wody termalne ...krotka kapiel w wodzie o 45 stopniach! Co niemozliwe jak mozliwe ! ;)
Ya en cajarmarca, como en todo Perú, existen tiendas donde venden música y películas bamba (piratas). Estamos buscando los éxitos de la música folklorica cajamarquina. Se venden a unos 3soles (0.75€) Tu w Cajamarca, jak wszedzie w Peru, istnieja sklepy, gdzie sprzedaja muzyke i filmy pirackie (zwane bamba). Szukamy typowej muzyki folklorystycznej z regionu. Jedna plytka kosztuje tu kolo 3 zlotych...

Perú produce y exporta café y chocolate. saben donde se toman los mejores cafés y chocolates? en Europa y EEUU. Estas 2 costumbres nuestras enriquecen a los fabricantes de chocolate y los tostadores de café, pero el campesino sudamericano recibe una cantidad ínfima por ellos.
Peru produkuje i sprzedaje kawe i czekolade. Wiecie gdzie sie pije najlepsza kawe i gdzie mozna dostac najlepsza czekolada? W Europie....w Unii Europejskiej. Sprzedaz tych produktow wzbogaca europejskich handlowcow ale bardzo niewiele z tego trafia do poludniowo-amerykanskiego chlopa.

Ayer por fin compramos un chocolate peruano que no fuimos capaces de acabar, y cuando pedimos un café normalmente nos dan soluble. El día que somos afortunados nos dan un extracto de café que echamos a la taza llena de agua hirviendo


Hemos encontrado muchos helado, que no habíamos saboreado por nuestras dudas acerca del agua usada en la fabricación. Aqui nos recomendaron ir a la heladeria Holanda, y no nos defraudó, y como siempre una historia lleva a la otra. Pim es holandés, lleva 14 años aquí, luchando por demostrar que fines comerciales y sociales pueden ir unidos.
Jest tu pewna holenderska lodziarnia, przepyszne lody o wyszukanych smakach...zalozyl ja 14 lat temu pewien Holender, ktorego spotykamy przypadkowo osobiscie i ktory zabiera nas do swojej fabryki. Slynie w miescie jako super szef, bardzo wyrozumialy, bardzo dobrze traktujacy swoich pracownikow, zatrudniajacy gluchoniemych i uczacy wszystkich swoich ludzi Brailla. Pim (tak ma na imie) jest doskonalym przykladem inwestora europejskiego ktory pokazuje, ze mozna polaczyc robienie interesow z dzialalnoscia socjalna. Do tego robi to z wdziekiem i usmiechem.
Posiada juz 4 lodziarnie w miescie i planuje kolejne. Zatrudnia samotne matki, gluchoniemych, wszystko legalnie, ze swiadczeniami socjalnymi i papierami, co tu nalezy do rzadkosci. Daje tez kursy podnoszenia samooceny. Jego pracownicy maja zapewnione swiadczenia medyczne, platne wakacje, wszystko to jest tu czyms bardzo wyjatkowym, bardzo rzadko praktykowanym.
Justo hoy Aneta lo encontró en la plaza de armas, y al toque (acto seguido) nos invita a ir a su fábrica. Tiene 4 heladerias en la ciudad y quiere llegar a la costa y otras ciudades. Contrata madres solteras, gente sorda y cumple con las leyes peruanas que para mucha gente son papel mojado. Imparte cursos de autoestima a las madres solteras y promueve el aprendizaje del lenguaje de signos entre su personal. Algo que aceptamos como normal, que es tener seguro médico, 15pagas y vacaciones, aquí es la rara excepción y sus trabajadores son esta excepción.

Una chica por trabajar en un bar recibe un sueldo de 200-300 soles al mes (entre 50 y 75€)

Hay que aclarar que aquí los discapacitados no tienen la ´aceptación social´ que tienen en Europa. Nos toca mucho ver gente como Pim y Cristal, que no vienen aqui para ser víboras sino para comprender, crecer, compartir.
Milo spotkac takich ludzi jak Pim czy Crista (nasza wlasciciellka domu, Niemka, ktora tu w Cajamarca bardzo aktywnie dziala na rzecz uposledzonych dzieci juz od 35 lat i jej energia i aktywnosc sa do pozazdroszczenia). Nie przyjechali tu wyzyskiwac innych ale rozumiec, tworzyc, dzielic sie tym co potrafia.
Las acciones buenas funcionan a veces como ecos que la gente empieza a imitar. Otras compañías le piden consejo a Tim para integrar sordos en sus plantillas.
el no tener móbil nos lleva a usar eso que ya olvidamos, las cabinas telefónicas!
nieposiadanie telefonu zmusza nas do uzywania zapomnianych juz u nas prawie kabin telefonicznych...
Yanacocha es la mayor mina operativa en Cajamarca. Gracias a nuevos métodos de extracción nació un nuevo boom en la región. A favor están claro, todos los que se enriquecen, es decir ingenieros locales y empresas extranjeras. A favor también hay que decir que la empresa aporta el 25% del total de impuestos que recibe el gobierno peruano en todo el país (esto da una idea de la legalidad de la economía). En la otra banda se lee como las minas contaminan el aire, el agua y como aparecen niños con deformaciones en la zona debido a los métodos contaminantes usados en la extracción.Esta es la vista desde nuestra casa en Porongo, a 10minutos de combi de Cajamarca.
Widok z naszego domu w Porongo, 10 min drogi minibusem od miasta, gdzie mieszkaja tez wolontariusze z Niemiec (Adam i Dustin) oraz Isabel i bardzo mila katalonska rodzinka: Laia, Toni i ich coreczka Arrel.
Jest to posiadlosc Crista (o ktorej wyzej mowa), ogromny teren z dzialkami, szklarnia, krowami, psami, kwietnymi ogrodami...niesamowitymi wschodami i zachodami slonca ogladanymi z tarasu na dachu domu...
Gracias a Isabel, conocimos este sitio, propiedad de Cristal, una señora alemana que lleva 35años en Perú, creando centros y empleo para personas con discapacidad.

Es una señora encantadora, con una vitalidad envidiable a sus 50 o 60y tantos.

El terreno es enorme, rodeada de pastos con vacas, gallinas, perros, un vergel con infinidad de plantas y un huertito. Desde la azotea disfrutamos de la puesta de sol y de la luna, que esta noche va a ser llena!
domingo por la noche descubrimos un sitio increible. El bar Tizné. Este tipo de bares ilegales (aunque todo el mundo lo sabe) que no pueden verse desde la calle. Golpeas con tus nudillos la puerta y te dejan pasar. Víctor es el abuelo de la familia y el amo. Después de pasar por la cocina y saludar a la mamá, la hija, la nieta, accedemos al patio trasero donde entre ropa colgada aún secándose disfrutamos de un aguardiente de Maracuyá con Justin y Isabel que viven también en Porongo.
Bar Tizne to rodzaj nielegalnego baru, ukrytego...o ktorym kazdy miejscowy, lacznie z policja, dobrze wie ;) Po przejsciu przez prywatna kuchnie i pokoj mieszkalny, w ktorym jego roztanczeni domownicy zapraszaja nas do zabawy, schodzimy nizej do kolejnych pomieszczen baru i pijemy aguardiente z maracui wsrod rozwieszonego prania ;).

Toda la familia está de fiesta, los abuelos, los hijos y la nieta. Espero que a ella no le afecte en el futuro tener cada día fiesta en casa y ver a su abuelo borracho. Cala rodzina tam mieszkajaca bawi sie na calego. Mamy nadzieje ze taki tryb zycia nie zaszkodzi przyszlosci malej dziewczynki, ktora nalezy do tej rodziny, i ktora widzi swoich bliskich wiecznie podchmielonych.


Cajamarca, vista desde el cerro de Santa Apolonia. Los cerros con sus minas rodean la ciudad, la más ´europea´ que hemos visitado hasta ahora. Bares a la última donde suena música occidental y los precios no están al alcance de la mayoría de lugareños

El domingo de Ramos vamos a Porcon, un pueblito a 20min en combi. La fiesta religiosa se convierte en decadencia, en gente alcoholizada llevando unas cruces llenas de palmas y espejos. La basura en el suelo se tropieza con los vendedores, los niños, los perros, la comida, y la masa enfervorizada que seguramente ya olvidó porque celebra esta fiesta a ritmo de aguardiente
W niedziele palmowa jedziemy do wsi Porcon. Religijna uroczystosc zamienia sie w dekadencka zabawe, pijani jak bela mezczyzni dzierza w dloniach ogromne ustrojone krzyze, ktorymi wykonuja niebezpieczne uklony do ziemi na czesc Jezusa przyubywajacego do wsi. Wsrod sterty smieci i spalin przeciskajacych sie przez tlum samochodow siedza handlarki ze swoimi wypiekami i garkuchniami. Pijana masa ktora nie wie juz sama co swietuje.

el aguardiente que nos ofreció este señor nos quemó el esófago pero seguramente nos ayudó a entender un poco más esta locura
el niño quizá piensa en sus adentros: que demonios hace toda esta gente!

nadie me sabe responder porque las cruces llevan espejos? me dicen que es tradición... claro...

nikt nie potrafi powiedziec co symbolizuja lustra na krzyzu...mowia...taka tradycja...jasne!

como a las 4 de la tarde la gente se empieza a dispersar. El calor aprieta y los coches y caminoes quieren pasar, aún cuando no hay espacio; aún cuando hay gente llevando las cruces en medio de todo este caos

sí, es verdad, unas cervezitas cayeron; probamos el aguardiente y comimos un pollo con papas callejero; pero Aneta y yo seguimos con lo nuestro. Quizá podéis verla entre medio de tanta gente. ..a tu ja prubuje porysowac miejscowych...podchodza jednak tak blisko ze prawie na mnie wchodza...ojojoj nie umie z takiej perspektywy... ;)

Las secuelas de la fiesta. Le damos en la cara, el chico no responde. Una chica se acerca, se levanta la camiseta y le tira leche de su pecho para reanimarle... porque? no sé, pero no funciona. Al final le tiramos agua y lo llevamos a rastras hasta la sombra. Me da la impresión que no vendrá ningún médico

efekty uboczne zabawy...kolega oddycha ale jest nieporzytomny ....dostaje kilka klapsow na obudzenie...nie pomaga...podchodzi miejscowa kobieta i polewa go wlasnym mlekiem na ochlodzenie...tez nie dziala...ani polewanie zimna woda...w koncu przenosimy go do cieniu....w koncu sie budzi do zycia...na lekarza nie ma tu co liczyc....

Los cuatro jinetes del Apocalipsis, borrachos como una cuba, nos invitan a un trago, y a otro, y a otro. No se andan con tonterías, las cervezas aqui son de 650ml. Czterech jezdzcow z Apokalipsy, pijanych na amen, zaprasza nas na kieliszeczka. Tu nie ma malych butelek piwa, tylko 650ml.


Cada vez que me preguntan de donde soy digo que español, me da mucha pereza explicar que és Catalunya. Entonces tengo que escuchar a los que desprecian España (por su amable tarea colonizadora) y los que la adoran. Entre ellos se encuantre Carlos Morales.

Za kazdym razem kiedy pytaja mnie skad pochodze mowie im ze jestem Hiszpanem
(Czesiek nie ja ;), nie chce mi sie tlumaczyc po raz kolejny, ze jestem Katalonczykiem i ze to nie to samo...Potem slucham ludzi mowiacych zle o Hiszpanii...a potem innego, dla ktorego Hiszpania jest najwspanialszym krajem, bo przyniosla mu Jezusa i jego nowa wiare, za ktora teraz pije.


Carlos Morales lleva una cruz que le regaló un cura canadiense. Me quedó grabado a fuego, ya que me lo explicó unas veinte veces. Adora a España y le está eternamente agradecido por haberle enseñado el camino y permitirle descubrir a Dios. Callo y escucho; mejor dicho, callo escucho y grabo (espero pronto poder colgarlo en el blog)

yo respesto las opiniones pero cuando me preguntan que opino no miento


A medida que avanza la conversación las chelas (cervezas) van cayendo. El señor defensaba el comunismo, conocía a Lech Walesa y criticaba ferozmente el neoliberalismo. Tak sobie rozmawiamy i popijamy. Pan polewajacy broni komunizmu, zna Lecha Walese, mocno krytykuje neoliberalizm...

Sí señor! los borrachos nunca mienten!


Y la última antes de marchar se convierte en la penúltima. En uno de sus descuidos nos agarramos a una combi de vuelta a Cajamarca

Ostatnia polejka zamienia sie w przedostatnia...korzystamy z ich zagadania zeby wskoczyc do combi i odjechac do Cajamarca.

7 comentarios:

  1. yo quiero estar aqui con vosotros, se ve tanta bondad y paz en los dibujos y fotos, o quizas sois vosotros que reflejais realmente esto.
    aneta cuidado con la cerveza que se sube a la cabeza, je, je.
    anims, petons
    la mare

    ResponderEliminar
  2. Viajando con vosotros me siento màs cerca de nuestros hermanos de América latina.... :D
    GRACIASSSSSSSSSS y mil veces gracias

    ResponderEliminar
  3. Hola!
    Soy Elia, la chica de Madrid con la que os encontrasteis dos veces por la calle... os acordais? Que pena que al final no pudieramos tomar algo y charlar un rato. Es muy bonito vuestro blog! los dibujos y las fotos me encantan!
    Espero que siga tan bien vuestro viaje y quizas nos volvamos a cruzar en otra ocasion! quien sabe...

    ResponderEliminar
  4. Simplemente ¡¡¡impresionante!!! lo que estais haciendo.
    Los dibujos inmejorables y llenos de realismo, mejorando las fotos si cabe.
    Que sigais disfrutando de vuestro periplo.
    Algún día nos veremos por Barbens.
    Una abraçada
    Arturo i Tere (Cambrils)

    ResponderEliminar
  5. Buena chiquillos!, viajamos junto a ustedes!
    Lindas fotos, maravillosos dibujos, excelentes textos... Se conjuga todo en un delicioso equilibrio, para quienes vibramos con estas experiencias.
    Los estamos esperando con los brazos abiertos!
    Sus hermanos chilenos,
    Gonzalo y Patty

    ResponderEliminar
  6. Que bonito trabajo!!...muchas gracias por compartir ilusiones.
    Desde "Aldea Yanapay", com amor...

    ResponderEliminar
  7. HOLA ESTA MUY LINDAS LAS FOTOS DE PEÑON DEL OLVIDO EN CAJABAMBA PERO POR 10 SOLES NO QUERRAS ENCONTRAR UN EXELENTE HOSPEDAJE

    ResponderEliminar